Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twarz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

"Męska Wyspa" w sieci!

HEJ!

Jak już pewnie zauważyliście wczoraj nie pojawił się poniedziałkowy post na temat wosków Yankee Candle. Niestety z powodów osobistych nie byłam w stanie go napisać, co już objaśniałam na moim Facebooku. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, ponieważ dzisiaj przygotowałam dla Was niebanalną ciekawostkę, która z pewnością zainteresuje wszystkich mężczyzn! :)


Męska Wyspa, jak podkreśla to sam autor owej strony, jest męskim odpowiednikiem Lawendowej Farmy. Oba sklepy oferują naturalne produkty do pielęgnacji ciała, twarzy oraz włosów w tym bardzo szeroki asortyment mydeł. Tym co z pewnością wyróżnia te kosmetyki na tle innych, to fakt, że wytwarzane są przede wszystkim z ogromną pasją oraz zaangażowaniem. Zresztą zachęcam do zapoznania się z informacjami na stronie, gdyż jest bardzo schludnie i przejrzyście zaprojektowana. 

 
Na początek chciałabym zaprezentować Wam dwa mydła, przeznaczone do pielęgnacji skóry oraz zarostu. Na powyższym zdjęciu widzicie 50 gramowe połówki pełnowymiarowych produktów, za jakie przyjdzie nam zapłacić 7 zł. Opakowania są sterylnie zafoliowane, utrzymane w prawdziwie męskiej stylistyce. :)


Mydło "Podchmielone" przeznaczone jest zarówno do mycia ciała jak i włosów - działa antyseptycznie, regenerująco i odmładzająco. Dzięki zawartemu w składzie mniszkowi, wzmacnia cebulki włosów, zapobiega łojotokowi, a także bez problemów poradzi sobie z łupieżem. Pachnie bardzo przyjemnie, głównie miętą zmieszaną z trawą cytrynową. 


Drugie mydło, czyli "Dębowe Ciemne" ma nieco krótszy skład, jednakże nie ujmuje to w żaden sposób jego działaniu: dzięki wyciągowi z kory dębowej jest znakomitym środkiem przeciwzapalnym i bakteriobójczym, a więc sprawdzi się przy problematycznej cerze potrzebującej oczyszczenia. W dodatku przy regularnym stosowaniu lekko przyciemna włosy oraz zapobiega ich przetłuszczaniu. Jak dla mnie ma bardzo przyjemny, leśny zapach.


Z tego balsamu każdy posiadacz brody czy też wąsa powinien być zadowolony - dzięki lekkiemu olejowi z nasion brokułu działa on na zasadzie silikonu dodawanego do niektórych szamponów, z tą różnicą, że tu mamy wyłącznie składniki naturalne. Oleje konopny i ryżowy dodają włosom blasku, wzmacniają je oraz odżywiają. Dzięki dość zbitej, acz łatwo rozpuszczającej się pod palcami konsystencji kosmetyku można bez problemu ustylizować nim włosy. W dodatku pachnie on przepięknie - nieco ziołowo, ale jednak z nutką orzeźwiającej trawy cytrynowej.


Moim zdaniem taki balsam sprawdzi się świetnie nie tylko u mężczyzn! Panie mogą używać go do pielęgnacji oraz odżywienia brwi bądź też, jeżeli nie muszą ich zbytnio poprawiać, środka utrzymującego je w ładzie przez cały dzień. :)

Pani i Panowie, jak podobają się Wam te produkty? Niestety nie jestem w stanie napisać zbyt wiele o ich działaniu, gdyż nie są to kosmetyki przeznaczone dla mnie, jednakże jeżeli jesteście ciekawi, jak sprawują się te dwa mydełka, to dajcie koniecznie znać w komentarzach, a na pewno coś dla Was przygotuję. :)

sobota, 17 stycznia 2015

Duet z Pharmaceris w mojej codziennej pielęgnacji

HEJ!

Jeżeli siedzicie mojego bloga regularnie to wiecie, że w 2014 roku nie znalazłam swojego kremu idealnego i nadal intensywnie go poszukuję. Planowałam także rozpoczęcie kuracji kwasami, gdyż tak łagodna zima jaką mamy obecnie jest na takie zabiegi pielęgnacyjne wprost wymarzoną porą. Postanowiłam w końcu urzeczywistnić swoje postanowienia, więc w tym celu udałam się do apteki na małe zakupy - i akurat trafiłam na promocję produktów Pharmaceris, a że jestem z nimi już zaznajomiona oraz wiem, że raczej mi służą to skusiłam się na ten oto duet:


Nie chcę w tym poście recenzować tych produktów, bo przy stosowaniu kwasów należy poczekać trochę na efekty. Mogę wydać jednak wstępną opinię na ich temat.

Tak więc emulsja matująca świetnie nadaje się jako baza pod makijaż. Stosuję ją nieprzerwanie od jakiś trzech tygodni, rano po oczyszczeniu żelem do mycia twarzy. Ma lekko wodnistą konsystencję i bardzo szybko się wchłania. W dodatku rozprowadzanie podkładu czy korektora jest znacznie przyjemniejsze - tę różnicę czuć wyraźniej przy nakładaniu kosmetyków palcami. Zauważyłam również, że produkcja sebum w strefie T nieco się zmniejszyła, przez co mat utrzymuje się na twarzy dłużej
Może nie jest to krem stricte pielęgnacyjny, ale mamy tu aż 30 ml całkiem niezłej bazy pod makijaż ze skałdem pozbawionym sylikonów.


Zarówno krem jak i kwas wchłaniają się bardzo szybko i nie pozostawiają wyczuwalnej warstwy na skórze

Niezmiernie ucieszyła mnie dołączona w gratisie  15 mililitrowa miniaturka kwasu migdałowego o stężeniu 10%, gdyż mam możliwość zaobserwowania reakcji mojej skóry bez poczucia źle zainwestowanych pieniędzy. Jak do tej pory lubimy się z tym produktem, jednakże jest zdecydowanie za wcześnie, żebym mogła wyrazić swoje zdanie.

Chciałabym na sam koniec zaprzeczyć negatywnej opinii na temat tego kremu, która głosi iż skóra potrafi po nim odpadać z twarzy płatami. Jeżeli takie sytuacje mają miejsce to wynika to jedynie z niedostatecznej dbałości o nawilżenie cery oraz dodatkowego, agresywnego oczyszczania. Jeżeli decydujecie się na kwas to musicie pamiętać o stosowaniu kremu nawilżającego oraz rezygnacji z peelingów. Cera w tym czasie raczej nie będzie potrzebowała dodatkowego złuszczania - możecie ewentualnie zdecydować się na peeling enzymatyczny, o łagodniejszym działaniu.   

sobota, 3 stycznia 2015

UWAGA BUBEL! | Puder Inglot Stage Spot Studio

HEJ!

Pamiętacie jeszcze moje porady odnośnie tego, jak uniknąć kupowania kosmetyków, które mogą okazać się bublami? (Jeżeli nie to zapraszam >>>TU<<<) Niestety muszę otwarcie się przed Wami przyznać, że złamałam jedną z najbardziej podstawowych zasad i uległam namowom przemiłej ekspedientki. A wszystko zaczęło się od wizyty na stoisku Inglota...


Szukałam jakiegoś fajnego pudru matującego, który neutralizowałby zaczerwienienia. W okresie zimy niestety miewam mocniej zaczerwienione policzki, a to wynika z niskich temperatur, wiatru i ogólnego pogorszenia aury na dworze. Chciałam też, by produkt ładnie stapiał się z podkładem oraz zmatowił cerę na przynajmniej 4 godziny. Niestety Stage Spot Studio nie spełniło ani jednego z moich oczekiwań.


Do pudru dołączony był całkiem przyzwoity puszek, za pomocą którego nałożyłam kosmetyk na twarz, umalowaną uprzednio Matchmasterem z firmy M.A.C. To co zobaczyłam w lustrze bo niecałej minucie wprawiło mnie w osłupienie - ten puder się zbrylił! Policzki, czoło, nos... wszystko pokryte było żółtymi farfoclami. Co gorsza produkt zaczął też nieco ściągać podkład z twarzy, więc byłam skazana na demakijaż i ponowne umalowanie się od nowa.
Jestem pewna, że zbrylenie się produktu nie było winą Matchmastera, ponieważ nakładałam na niego kilka różnych pudrów (jak choćby Revlon "Nearly Naked" czy puder matujący marki Hean) i żaden nie zachowywał się tak jak Inglot.


Kompletnie zniechęcona do nakładania go na twarz postanowiłam dać mu ostatnią szansę i sprawdzić jego właściwości neutralizujące zaczerwienienia na niepokrytej niczym dłoni. W tym celu roztarłam odrobinę czerwonej szminki i przypudrowałam Inglotem tak oto powstałe "zaczerwienienie". Efekt możecie podziwiać na powyższym zdjęciu.
Same zadecydujcie czy warto ryzykować. Nie wiem, jak zachowywałby się na innych podkładach, bo w swoich zbiorach kosmetycznych posiadam tylko Matchmastera z M.A.C, który odpowiada mojemu odcieniowi cery. Reszta jest zdecydowanie zbyt ciemna, a poza tym sięga już denka. Chciałam Was jedynie przestrzec, żebyście z nim uważały i przed zakupem koniecznie sprawdziły czy "lubi się" z Waszm fluidem.

sobota, 27 grudnia 2014

Podkład idealny! | M.A.C Matchmaster Foundation SPF15

HEJ!

Święta, święta i po świętach, teraz już tylko pozostaje nam odliczać dni do Sylwestra! Nie wiem jak Wam, ale mnie końcówka tego roku zleciała bardzo szybko - popadłam w rutynę, przez którą nawet nie zauważyłam kiedy te trzy miesiące mi umknęły. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się lepiej rozplanować zajęcia i rozsądniej rozporządzać wolnym czasem...
A dziś mam Wam do zaprezentowania prawdziwą perełkę, produkt, z jakiego jestem niesamowicie zadowolona, a mianowicie długotrwały podkład M.A.C Matchmaster Foundation!


Nabyłam go już jakiś miesiąc temu, jednakże do napisania rzetelnej recenzji potrzeba przecież porządnych testów. Już na wstępie mogę powiedzieć, że produkt ten mnie nie zawiódł, mimo iż do salonu M.A.C wybrałam się z zamiarem kupna Studio Fix Fluid. Od mojej decyzji odwiodły mnie rady ekspedientki, która wykonała mi próbny makijaż i pomogła w doborze produktu oraz koloru. Ze sklepu wyszłam uboższa o 148 zł.



Mój odcień to 1.0 i z tego co mi wiadomo, jest to najjaśniejsza dostępna wersja tego podkładu na polskim rynku. Nie widać w nim żadnych różowych czy też żółtych tonów, choć muszę przyznać, iż w obiektywie wypada on zdecydowanie ciemniej niż w rzeczywistości. Nie ma się jednak czym przejmować, gdyż odcień po nałożeniu dostosowuje się do naszej karnacji.



Mamy tu 35 ml produktu, a więc nieco więcej niż producenci mają nam w zwyczaju dawać. Design kosmetyków firmy M.A.C przykuwał moją uwagę od zawsze, w tym przypadku również jestem oczarowana - mamy tu szklane opakowanie z przekręcaną pompką, umożliwiającą dozowanie. Nie wypompowuje ona zbyt wielkich ilości kosmetyku, dlatego do pokrycia całej twarzy pędzlem potrzeba mi trzech naciśnięć. Konsystencja podkładu jest dość rzadka, lejąca, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Jedyny minus wyczuwalny (dosłownie) przy nakładaniu to zapach farby olejnej, charakterystyczny dla fluidów tej marki. Całe szczęście szybko się on ulatnia.

Jak podkład wygląda na twarzy? Oto porównanie:

Podkład nałożyłam na policzek pędzlem. Nie przypudrowywałam twarzy.

Matchmaster to fluid, który wyrówna koloryt naszej cery, na pewno nie sprawdzi się u osób, które mają dużo do ukrycia, gdyż stopień jego krycia określiłabym jako lekki w kierunku do średniego, zależnie od tego, czym go nakładamy. W tym przypadku pędzel sprawdza się zdecydowanie najlepiej - pozwala kosmetykowi "stopić się" ze skórą, przez co wygląda on bardzo naturalnie.

Pełen makijaż po ok. 4 godzinach noszenia. (Puder Revlon "Nearly Naked" znacznie dodaje krycia)

Szukałam podkładu trzymającego się na mojej przetłuszczającej się cerze przez co najmniej 8 godzin, jakie spędzam niemal codziennie w szkole. Zależało mi też na tym, aby nie zbierał się w załamaniach przy ustach powstałych od śmiechu czy mówienia, czego naprawdę nienawidzę, bo wyglądam... jakbym miała zmarszczki. ;)
Matchmaster spisał się na 6! Wytrzymuje u mnie cały dzień, 12 godzin mu nie straszne, a w dodatku nigdzie się nie roluje, nie waży, nie zbiera i nie oksyduje (nie zmienia koloru)! Pragnę też wspomnieć, że nie przyczynił się on do rozwoju żadnych niedoskonałości - moja skóra bardzo dobrze na niego zareagowała.

Ja się w nim absolutnie zakochałam. Nie wiem, czy będę w stanie wrócić do produktów drogeryjnych, bo M.A.C strasznie mnie rozpieścił... całe szczęście jest niesamowicie wydajny i posłuży mi jeszcze przez co najmniej 4 miesiące codziennego stosowania.
Naprawdę polecam go Wam wszystkim. Warto na niego przyoszczędzić, żeby cieszyć się perfekcyjnym makijażem przez wiele godzin.

wtorek, 2 grudnia 2014

Ulubieńcy listopada #2

CZEŚĆ!

Nie wierzę, że ten miesiąc tak szybko zleciał i już mamy grudzień... no ale niestety, długie wieczory i coraz to niższe temperatury zwiastują nieubłaganie nadejście zimy, a co za tym idzie również Świąt. Wpływy ochłodzenia zdecydowanie widać w listopadowych ulubieńcach - powoli zaczynam zmieniać sposób pielęgnacji na bardziej "zimowy". Mój makijaż także ulega zmianie, choć w dalszym ciągu najmocniejszy akcent pada na oczy - mają być wyraziste i przykuwać uwagę. :)
A zatem, przedstawiam Wam listę ulubieńców minionego miesiąca:
 

Pędzel Hakuro H50  

Używałam go bardzo intensywnie, szczególnie pod sam koniec miesiąca, kiedy nakładałam mój nowy podkład z M.A.C (recenzja już niebawem!:). Genialnie współpracuje z kosmetykami o konsystencji płynnej z gęściejszymi nie radzi sobie za dobrze. Podoba mi się efekt niemal idealnie "wtopionego" w skórę podkładu; dzięki takiemu solidnemu zagruntowaniu mogę być pewna, że mój makijaż spokojnie przetrwa cały dzień w szkole.

Revlon ColorStay Liquid Eyeliner 

W końcu odnalazłam swój matowy eyeliner idealny, który wygodnie się nakłada i wytrzymuje na powiekach naprawdę długo w stanie niemal nienagannym. Nie chcę się za bardzo rozpisywać na jego temat, bo przygotowałam już post, w jakim porównuję go z moim ulubionym L'orealem, a więc poczekajcie, niebawem pojawi się na blogu. :)

NYX HD Photogenic Concealer 

Nie wyobrażam sobie makijażu bez tego małego cudotwórcy. Całkowicie przykrywa moje wydatne sińce pod oczami, pięknie rozświetla twarz ze względu na swój niemalże biały kolor (posiadam odcień CW01) oraz utrzymuje się cały dzień bez najmniejszych poprawek. Więcej na jego temat możecie poczytać >>>TU<<<

Maybelline SuperStay 14h Lipstick nr. 160 - "Infinitely Fuchsia"

Pokochałam ten kolor od pierwszego zobaczenia w drogerii; zresztą zwrócił on nie tylko moją uwagę; wiele osób dopytywało się mnie o tę szminkę, kiedy ją nosiłam. Pigment bardzo mocno "wżera" się w wargi, dzięki czemu wytrzymuje ona u mnie 8 godzin. Nie zauważyłam żeby przesuszyła moje usta, chociaż ma wykończenie matowe. Więcej o niej przeczytacie >>>TU<<<

Sylveco rumiankowy żel do twarzy 

To dzięki niemu stan mojej skóry uległ diametralnej zmianie, oczywiście na lepsze; nie mam już problemu z ropnymi zmianami na czole i w okolicach skrzydełek nosa. Jeżeli jakieś drobne wypryski okresowo się pojawiają, to zostają wchłonięte w ciągu 2-3 dni. Cera pojaśniała, nabrała promiennego wyglądu i przede wszystkim została oczyszczona. Żel rumiankowy stosowałam codziennie wieczorem, czasem również i rano, a nadal mam ok. 1/3 buteleczki.

Sylveco oczyszczający peeling ze skrzypem 

Nie chciałam tych produktów opisywać w duecie, tak jak zrobiłam to >>>TU<<<, gdyż chciałam pokrótce przybliżyć Wam ich działanie z osobna. Peelingu używałam 2 razy w tygodniu; za każdym razem pozostawiał skórę przyjemnie gładką, nawilżoną oraz czystą, a także dobrze radził sobie z suchymi skórkami na nosie. Miałam wrażenie, że kremy, które później nakładałam na wypeelingowaną nim twarz działały silniej - w każdym razie to uczucie było bardzo przyjemne. :)

Glinka zielona francuska + olej arganowy

Te dwa produkty zamówiłam kiedyś ze strony "Natura dla piękna" i teraz w okresie jesienno-zimowym powróciłam do ich intensywnego używania. Łyżeczkę glinki mieszam z połową łyżeczki wody i kilkoma kroplami olejku arganowego - to właśnie dzięki niemu maseczka ma spotęgowane działanie nawilżające i wygładzające. Po zmyciu skóra jest dogłębnie odżywiona oraz oczyszczona i te efekty naprawdę czuć. 
Dodatkowo dwa razy w tygodniu, wieczorem, na krem nakładam kilka kropel olejku co również potęguje odżywcze działanie kosmetyków. Dzięki temu zabiegowi mam pewność, że niskie temperatury nie wyrządzą mojej skórze najmniejszej krzywdy!

Tak oto dobrnęliśmy do końca! Myślę, że większość z Was, czytająca uważnie moje posty, zapewne wiedziała o jakich produktach napiszę, więc nie było to jakieś wielkie zaskoczenie. :)
A tymczasem przed nami grudzień - miesiąc prezentów i szalonych, świątecznych makijaży! Może z tej okazji pojawią się jakieś "specjalne posty" na blogu? Co o tym sądzicie, o czym chciałybyście przeczytać? 

piątek, 28 listopada 2014

Jesienny projekt denko #1

HEJ!

W mojej "skrzyni ze zużytymi kosmetykami" nazbierało się już trochę pustych opakowań, co oznacza tylko jedno - czas je wyrzucić i podsumować ich działanie w jesiennym projekcie denko! :)
Już teraz, na wstępie pragnę zaznaczyć, iż notki tego typu będą pojawiały się u mnie raz na 2-3 miesiące, w zależności od tego, jak szybko będę zużywać produkty. Myślę że forma kwartalna tych postów - jesień, zima, wiosna, lato - będzie najfajniejsza, bo wraz z nadejściem nowej pory roku zmieniam większość kosmetyków pielęgnacyjnych i kolorowych


1. Max Factor Facefinity All Day Primer - Baza pod podkład: kupiłam ją w lipcu i skończyłam we wrześniu, więc towarzyszyła mi przez całe wakacje w największe upały. Wygładzała ładnie twarz, dawała satynowy efekt i przyjemnie rozprowadzało się na niej podkłady. Nie zauważyłam jednak, żeby jakoś znaczący wpływała na absorpcję potu i sebum. Tak sobie przedłużała makijaż.
Kupisz ponownie? - NIE, chciałabym przetestować inne bazy.

2. L'Oreal True Match The Foundation Super Blendable - Podkład: Musiałam znaleźć na niego sposób i odkąd zaczęłam nakładać go pędzlem stał się moim ulubionym podkładem drogeryjnym - nie zostawia smug na twarzy, ładnie stapia się z cerą, całkiem nieźle matuje i utrzymuje się na twarzy do 8 godzin. Posiadałam odcień N1 - najjaśniejszy w gamie neutralnych.
Kupisz ponownie? - TAK, zużyłam już 4 opakowania i na pewno kiedyś jeszcze do niego wrócę.

3. Eveline Big Volume Lash Professional Mascara Natural BIO Formula - Tusz do rzęs: Zielona wersja najbardziej przypadła mi do gustu - daje piękny, ale wciąż naturalny efekt gęstych, długich rzęs bez grudek. Silikonowa szczoteczka, której bardzo wygodnie się używało perfekcyjnie rozdziela. Tusz wytrzymywał cały dzień, może nieznacznie się osypywał pod koniec użytkowania.
Kupisz ponownie? - NIE WIEM, chciałabym jeszcze przetestować tyle tuszy...

4. Batiste "Fruity and Cheeky Cherry" i "Sassy and Daring Wild" - Suchy szampon: Wszystkie suche szampony tej firmy w podstawowej wersji mają dokładnie to samo działanie - odświeżają włosy, nadają im objętości i ułatwiają układanie. Różnią się jedynie zapachem, a ta dwa należą do moich ulubionych.
Kupisz ponownie? - TAK, już teraz w planach mam zakup zapachu orientalnego.


5. Tołpa Dermo Face Rosacal - Płyn micelarny: Bardzo łagodny płyn o przyjemnym, różanym zapachu. Nie pozostawiał skóry ściągniętej, przyjemnie koił i dobrze zmywał makijaż. Trzeba było trochę pocierać przy zmywaniu eyelinera z oczu, ale dawał radę i nie podrażniał. Produkt ekonomiczny - 400 ml wystarcza na długo, ale mimo to trochę za drogi (38zł.)
Kupisz ponownie? - NIE, już znalazłam swojego faworyta i jest nim Mixa.

6. Lirene Dermoprogram Cera Naczynkowa 3w1 - Płyn micelarny: Kupiłam go zaraz po zużyciu poprzednika, gdyż była na nie promocja w Biedronce. I w tym wypadku urzekł mnie delikatny kwiatowy zapach. Działanie miał w zasadzie zbliżone do Tołpy, choć nie koił i nie zmywał równie skutecznie. Szybko się skończył, ale nie będę po nim rozpaczać. :)
Kupisz ponownie? - NIE WIEM, jest tani, więc gdy będę potrzebowała czegoś na szybko...


7. Ziaja Oczyszczanie Liście Manuka - Żel myjący, normalizujący: Ta seria produktów Ziaji szumem weszła na rynek; dużo się o nich mówiło, dużo pisało. Ja z początku tez byłam nimi zachwycona, jednakże efekty stosowania były nikłe... ten żel dobrze odświeżał, oczyszczał nie wysuszając przy tym skóry i mnie nie uczulił. Pozostawiał twarz lekko ściągniętą, ale dla mnie nie był to problem.
Kupisz ponownie? - NIE, znam lepsze produkty.

8. Pharmaceris antybakteryjny żel myjący, seria T: Używałam go pod koniec wakacji, po powrocie z za granicy i myślę, że to jemu zawdzięczam przyzwoity stan mojej skóry po solidnej dawce słońca i słonej wody. Bardzo dobrze oczyszczał, pozostawiał skórę gładką i matową. A w dodatku był wydajny.
Kupisz ponownie? - NIE WIEM, pewnie wrócę do niego w okresie letnim.

9. Sylweco Tymiankowy żel do twarzy - Żel myjący: Ten produkt gościł już u mnie w ULUBIEŃCACH więc nie będę się na jego temat tu już rozpisywać. Wiecie, iż bardzo lubię produkty tej firmy i w najbliższym czasie nie zamierzam z nich rezygnować. ;)
Kupisz ponownie? - TAK, z pewnością nie raz!


10. Ziaja Oczyszczanie Liście Manuka - Krem na noc: Kolejny produkt marki Ziaja z tej jakże osławionej serii. Używałam go regularnie, każdego wieczora i mimo obietnic producenta nie zauważyłam u siebie znikome wręcz efekty - subtelna poprawa nawilżenia skóry i jej delikatne rozjaśnienie. Nie zapchał mnie, więc szybko go zużyłam i... wyrzuciłam.
Kupisz ponownie? - NIE, chcę spróbować silniejszych kwasów.


11. Decubal - Krem do rąk: Wiązałam wielkie nadzieje z tym kremem, tym bardziej, że niestety mam skłonność do przesuszania się dłoni. Jego działanie oceniam na dobre - poprawił stan moich rąk, nie miałam już takiego problemu ze skórkami przy paznokciach czy łuszczącą się skórą na palcach. Jednakże krem ten tak przeokropnie śmierdział i wchłaniał się latami, że nie można było wytrzymać z nim na rękach - dlatego nie zużyłam go do końca.
Kupisz ponownie? - NIE, przenigdy!

12. Balea Rumiankowy krem do rąk i paznokci: Kupiłam go w trakcie pobytu na wakacjach w DM'ie, a zaczęłam używać po powrocie do Polski na zmianę z Decubalem. W przeciwieństwie do poprzednika ten nie pozostawiał tłustej warstwy na dłoniach, szybko się wchłaniał i miał ładny, lekki zapach. Niestety jego działanie pozostawiało wiele do życzenia - na krótko poprawiał stan moich rąk.
Kupisz ponownie? - NIE, poszukam czegoś lepszego.

I tak oto dobrnęliśmy do końca! Jak Wam się podobało? Czy używaliście któregoś z tych produktów? Koniecznie dajcie mi znać co o nich myślicie i jakie zamienniki tych produktów polecacie! :)

sobota, 22 listopada 2014

W poszukiwaniu korektora idealnego | NYX HD Concealer

CZEŚĆ!

Moje poszukiwania korektora idealnego trwały naprawdę bardzo długo, ponieważ na polskim rynku naprawdę mamy w czym wybierać... lecz tkwi tu pewien haczyk. Niestety w naszym kraju jakoś tak dziwnie się przyjęło, że słowo "korektor" określa dwa różne typy produktu - typowy "poprawiacz" (ukrywający np.: niedoskonałości, drobne ranki czy przebarwienia) i "kamuflaż", który delikatnie odbija światło przy zachowaniu lekkiego krycia. Ale nie o tym dzisiaj mowa. :)

Dziś zapraszam Was na recenzję NYX HD Photogenic Concealer!


Z dostępnością produktu nie ma raczej większego problemu, ponieważ znajdziecie go niemal we wszystkich w Douglasach w szafie NYX oraz w sklepie stacjonarnym firmy. Za 3g zapłacimy 29,90 zł. więc jest to raczej średnia półka cenowa.


Sam produkt zamknięty jest w typowym dla korektorów, plastikowym, smukłym opakowaniu z błyszczykowym aplikatorem, co niestety nie jest zbyt higieniczne, dlatego jeżeli chcecie używać go do przykrycia większych wyprysków lub zmian trądzikowych to odradzam bezpośredni kontakt z tą włochatą gąbeczką. Ja jednak stosuję go w celu ukrycia moich znienawidzonych cieni pod oczami i uważam, że do tego najlepiej się nadaje.


Gama kolorystyczna należy do bardzo bogatych - dostępnych jest aż 11 kolorów w tym "odcienie specjalne" takie jak żółty, fioletowy i zielony, więc każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Ja posiadam odcień najjaśniejszy, czyli CW 01 - "Porcelain", który mimo iż jest niemal biały, posiada leciutkie różowe tony, nieodznaczające się jednak na skórze.
Konsystencja korektora jest bardzo lekka, nietłusta, a to za sprawą wody, którą znajdziemy na pierwszym miejscu w składzie. Trzeba go jednak szybko wklepać, ponieważ po chwili zaczyna on zastygać, tworząc na skórze suchą, pozbawioną błysku warstwę - dlatego rozprowadzenie kosmetyku placem da najładniejszy efekt. Nawet po całym dniu noszenia NYX nie zbiera się w załamaniach, nie roluje i co najważniejsze nie traci na intensywności krycia!
 

 Pamiętajcie, że aparat/kamera ZAWSZE podkreśla worki i cienie pod oczami!

Korektory typu concealer powinny rozświetlać okolice pod oczami, a kamuflaże ukrywać mankamenty urody - w produkcie tej firmy doskonale zbalansowano obie właściwości. Dzięki mocnemu kryciu sińce nie są widoczne, skóra wygląda na naturalnie wypoczętą, w dodatku kosmetyk pięknie stapia się z cerą.
Produkt byłby prawdziwym ideałem, gdyby nie dwie maleńkie wady, jakie mogą niektórym przeszkadzać i zniechęcić do zakupu. Pierwszą jest zapach - dziwny, podobny nieco do farby olejnej (całe szczęście błyskawicznie się ulatnia). Poza tym nie poleciłabym go osobom mającym problemy z suchą skórą w okolicach pod ozami, bo ma on tendencję do jej przesuszania. Radzę stosować krem mocno nawilżający, aby zniwelować ten efekt.

Podsumowując - uważam, że kosmetyk NYX wart jest każdej wydanej złotówki. To produkt o niesamowitych właściwościach kryjących i trwałości, wyglądający bardzo naturalnie na skórze. Dla mnie - cudotwórca; dzięki niemu moje sińce pod oczami nie stanowią już takiego problemu! :)    

czwartek, 20 listopada 2014

Oczyszczająca moc rumianku i skrzypu | Recenzja duetu z Sylveco

HEJ!

Jak zapewne każda z Was wie najważniejsza w utrzymaniu skóry w dobrej kondycji jest dostosowana do jej aktualnych potrzeb pielęgnacja. Dlatego też ja nie mam stałego schematu dbania o cerę - często lubię sięgać po nowe produkty, testować je, sprawdzać ich działanie oraz porównywać. Jako że mój tymiankowy żel do mycia twarzy (o którym pisałam w ULUBIEŃCACH) niestety już się skończył, postanowiłam wypróbować inne produkty tej firmy. Tak więc dziś zapraszam na recenzję rumiankowo - skrzypowego duetu Sylveco.


Oba produkty kupiłam w aptece i to właśnie tam powinnyście ich szukać. Wiem, że z dostępnością Sylveco może nie być za łatwo, ale opłaca się zajrzeć do kilku, żeby znaleźć te dwa produkty. Poza tym możecie zamówić je również w Internecie, z tym raczej nie ma problemu. Ceny nie należą do zbyt wygórowanych, jak na kosmetyki hipoalergiczne: za 75 ml peelingu zapłacimy ok. 18 zł, a za 150 ml żelu 16 zł.


Oczyszczający peeling przeznaczony jest do cery tłustej czy też mieszanej oraz borykającej się z problemem rozszerzonych porów. Zawiera korund, czyli mineralne drobinki które delikatnie, aczkolwiek skutecznie złuszczają martwy naskórek. Dzięki ekstraktowi ze skrzypu polnego normalizuje pracę gruczołów łojowych, łagodzi podrażnienia i przyspiesza regenerację skóry. Jako naturalne źródło zapachu dodano do peelingu olejek z drzewa herbacianego. Producent obiecuje, że kosmetyk stosowany regularnie (1-2 w tygodniu lub w zależności od naszych indywidualnych potrzeb) ma zmniejszyć widoczność porów, wyregulować wydzielanie sebum, dotlenić skórę i ogólnie poprawić jej stan.

A teraz rzućmy okiem na skład (podaję ze strony producenta):
Woda,  Korund,  Olej sojowy,  Masło karite (Shea),  Gliceryna,  Triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego,  Stearynian glicerolu,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Olej z pestek winogron,  Ekstrakt ze skrzypu polnego,  Wosk pszczeli,  Alkohol cetylowy,  Alkohol benzylowy,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Olejek z drzewa herbacianego 
 

Kosmetyk zapakowano w estetyczne, tekturowe pudełeczko, które kryje w środku bardzo schludnie wyglądający, plastikowy słoiczek. Za takie opakowanie należy się duży plus, ponieważ umożliwia nam ono dokładne wydobycie produktu - nic się tu nie zmarnuje.
Konsystencja peelingu jest niesamowicie kremowa oraz bardzo gęsta, a pod palcami można wyczuć maleńkie drobinki korundu. To sprawia, że masaż twarzy wykonuje się z przyjemnością i wcale nie trzeba używać dużo kosmetyku; ja do pokrycia mojej  buzi potrzebowałam ilości odpowiadającej mniej więcej ziarenku grochu. Produkt ma także bardzo subtelny, herbaciany zapach.

A teraz najważniejsze, czyli działanie - jest to naprawdę świetny peeling, dzięki któremu na pewno dogłębnie oczyścimy naszą cerę i z pewnością pozbędziemy się suchych skórek - po prostu czuć, że on porządnie złuszcza. W trakcie rozcierania zaczyna się on delikatnie wchłaniać, więc gdy stanie się tępy pod palcami to należy go dokładnie spłukać z twarzy. Pozostawia skórę gładką, nawilżoną i matową, lecz nie pozbawioną naturalnego płaszcza lipidowego.


Rumiankowy żel do twarzy przeznaczony jest do dokładnie takich typów cery jak peeling, zatem stanowi swoiste uzupełnienie drugiego produktu. Posiada olejek z rumianku lekarskiego, który zawiera wiele substancji czynnych, warunkujących jego terapeutyczne działanie. W składzie znajdziemy także 2%-owy roztwór kwasu salicylowego (BHA) - świetnie radzi sobie on z zaskórnikami, a także ma delikatne działanie złuszczające, lecz w przeciwieństwie do kwasów AHA długotrwałe.
Regularnie stosowany żel powinien odblokowywać pory i usuwać zanieczyszczenia, a także przyczynić się do zmniejszenia produkcji sebum oraz szybszej odnowy naskórka. Poza tym wykazuje właściwości gojące i łagodzące drobne rany czy podrażnienia.

A oto jego skład:
Woda,  Glukozyd laurylowy,  Gliceryna,  Kwas salicylowy,  Panthenol,  Wodorowęglan sodu,  Benzoesan sodu,  Olejek rumiankowy 

Bardzo podoba mi się opakowanie kosmetyku - wygodna pompka odmierza idealną porcję żelu. Z pewnością nie można mówić tu o jakichkolwiek problemach z wydobyciem produktu, nawet jeżeli jest go już mało na dnie. 
Żel ma gęstą konsystencję, jest przejrzysty i przyjemnie rozprowadza się go na twarzy. Niestety zapach produktu może zniechęcać, gdyż trąci nieco octem jabłkowym - przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Ale to jego jedyny minus, ponieważ działa rewelacyjnie! 

Moja skóra bardzo go polubiła i jest teraz w naprawdę świetnej formie: od trzech tygodni nie pojawił się na niej nawet jeden wyprysk, zaskórniki jakby lekko przybladły, a cera stała się świeża i promienna. Drobne ranki i blizny po wcześniejszych nieprzyjaciołach goją się znacznie szybciej oraz są mniej widoczne. Pozostanę neutralna w kwestii przetłuszczania się skóry, ponieważ nie jestem w stanie określić czy na tym polu ten kosmetyk coś zdziałał. Ja od zawsze miałam z tym problem i stale się z nim borykam - bywa to bardziej lub mniej uciążliwe.

Podsumowując - te produkty świetnie współpracują ze sobą w duecie, ponieważ naprzemienne stosowanie potęguje ich działanie. Są ta także kosmetyki niesamowicie wydajne, ze względu na swe gęste, treściwe konsystencje. Myślę, że na pewno sprawdzą się u posiadaczek cery tłustej i trądzikowej. :)

niedziela, 16 listopada 2014

Zakupowe szaleństwo | Zdobycze z Rossmanna

WITAJCIE!

Jak już zapewne wiecie od 10 do 19 listopada w drogeriach Rossmann trwa akcja 1+1 - czyli kupując jeden produkt z kolorówki drugi, który jest w tej samej cenie bądź tańszy, otrzymujemy gratis. Nie mogłam przepościć takiej okazji, dlatego moje zbiory kosmetyczne wzbogaciły nowe kosmetyki do makijażu.
Tak prezentują się moje wszystkie zdobycze:

 

Zacznijmy od rzeczy najtańszych - bibułki matujące z Wibo. Zakochałam się w tym gadżecie od pierwszego użycia, dlatego teraz zrobiłam sobie zapas i kupiłam dwa opakowania. Znakomicie przedłużają żywotność makijażu - wystarczy lekko je przycisnąć w świecące się miejsca by zebrać sebum, a potem lekko przypudrować twarz; makijaż jest odświeżony!


Następne w kolejce mamy dwa lakiery marki Maybelline z serii Super Stay 7 Days. Te dwa kolorki - 490 - Hot Salsa, 635 - Surreal - wzięłam dla mojej mamy, ponieważ ja nie gustuję w takich odcieniach na dłoniach. Sama posiadam piękną, ciemną czerwień z tej serii, 08 - Passionate Red i sprawdza się naprawdę znakomicie - na moich paznokciach trzyma się faktycznie 7 dni.


Od jakiegoś czasu szukałam produktu do brwi, który odpowiadałby mi idealnie kolorem, dlatego gdy zobaczyłam Master Shape Maybelliene w odcieniu Deep Brown, postanowiłam, że wezmę ją w ciemno (dorzuciłam ją do zakupów mamy :). Kolor mi odpowiada, kredka jest miękka, ma właściwości woskujące, co trzyma włoski na miejscu, no i poza tym na drugim końcu zamontowano szczoteczkę do przeczesywania, co znacznie ułatwia szybkie zrobienie brwi.



Pierwszy produkt marki Revlon to puder prasowany "Nearly Naked" w kolorze 010 - Fair Clair. Według producenta ma on dawać efekt jedwabiście gładkiej skóry, zmniejszać widoczność niedoskonałości i przy tym jeszcze naturalnie wyglądać na twarzy. Po kilku zastosowaniach muszę przyznać, że wszystkie obietnice zostały spełnione, a w dodatku puder ten całkiem przyzwoicie matuje!



Do pary skusiłam się na ColorStay Liquid Liner w kolorze Blackest Black. Uwielbiam swój eyeliner z L'oreala, ale daje on połyskliwe wykończenie na oku, a ja szukałam czegoś matowego. Kupiłam ten kosmetyk w ciemno, czego zazwyczaj nie robię, ale pierwszym użyciu jestem z niego bardzo zadowolona. Aplikator jest bardzo łatwy w obsłudze, przez 10 godzin nie rozmazał się ani nigdzie nie poschodził, a kolor nie stracił na intensywności.

 


Na tym zdjęciu porównałam oba produkty - czerń z Revlonu wydaje się być bardziej napigmentowana, ale jest to spowodowane oświetleniem i "lateksowym" wykończeniem L'oreala, który mocno odbija światło. W rzeczywistości głębia koloru jest porównywalna.


Tak więc, to wszystko co upolowałam na promocji w Rossmannie. Zastanawiałam się jeszcze nad jakimiś szminkami, lecz stwierdziłam, że kupię sobie parę kolorków na stoisku Golden Rose z serii Velvet Matte, bo jestem miłośniczką takiego wykończenia we wszelkich kosmetykach. :)
Koniecznie napiszcie mi co sądzicie o tych produktach czy je znacie, czy ich używałyście i jak Wam się sprawdziły?