Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2015

"Pisaki" do torebki | Armani i Mugler

HEJ!

Dawno nie recenzowałam żadnych perfum na blogu, a to dlatego, że nie pojawiło się u mnie nic nowego, godnego zaprezentowania Wam w poście. Dopiero jakiś tydzień temu moja znajoma zapytała, czy nie chciałabym taniej kupić jakiegoś zapachu w tzw. PENie i zaprezentowała mi swoją ofertę. Muszę przyznać, iż wybór był niebywale trudny, ale w ostateczności zdecydowałam się na te dwie miniaturki:


Jak widzicie mamy tu 33 ml wody perfumowanej, za którą ja zapłaciłam 25 zł, co moim zdaniem jest ceną  korzystną i adekwatną do jakości. Opakowania zostały utrzymane w stylistyce oryginalnych, pełnowymiarowych perfum; w dodatku są bardzo poręczne, wykonane z twardego kartonu - idealne do torebki. Wewnątrz nich kryją się przezroczyste, szklane "długopisy" z wygrawerowaną nazwą produktu na zatyczce. Moim zdaniem wygląda to bardzo elegancko.


Niewątpliwie mamy tu styczność z zapachami oryginalnymi, tyle że mocniej rozcieńczonymi. Mimo to perfumki są bardzo intensywne i utrzymują się na ubraniach nie gorzej niż oryginały. Nie wietrzeją oraz nie trącą alkoholem, jak mają to w zwyczaju niektóre tanie wody perfumowane. Pięknie zgrywają się z naturalną wonią naszego ciała i wsiąkają w materiał ubrań. Bluzka, jaką spryskałam dwa dni temu "Alienem", nadal intensywnie nim pachnie.


Przejdźmy teraz może do prezentacji samych zapachów:


"Alien" Thierrego Muglera to zapach niezwykle intrygujący, tajemniczy. Ciężka mieszanka drzewno-ambrowo-kwiatowa, w której skałd wchodzi między innymi kwiat pomarańczy, jaśmin oraz wanilia, nie każdemu może przypaść do gustu. Na pierwszy plan wyraźnie wybijają się orientalne nuty drzewne i jaśmin. Głębi całości dodaje mieszanka wanilii z pomarańczą, która w tej kompozycji nie jest ani trochę słodka - rzekłabym że wręcz "kadzidlana". 
 
 
"Si" od Giorgio Armani wypada przy swoim poprzedniku niemal kontrastowo, choć ta słodka, owocowo-kwiatowa kompozycja paradoksalnie zawiera podobne nuty zapachowe. Znajdziemy tu liść czarnej porzeczki, stanowiący bazę, dalej mocno czuć pudrowo-słodką różę podbitą aromatem wanilii i ambry. Wbrew pozorom nie jest to mieszanka mdła, gdyż po rozwinięciu można wyczuć w niej subtelny aromat drzewny, dodający lekkiego "pazura" całości.

Moim faworytem, a także jednym z ulubieńców wśród perfum w ogóle, jest Alien - od dłuższego czasu noszę się z zamiarem kupna buteleczki tej wspaniałej kompozycji Muglera... cóż. Teraz miałam okazję ją przetestować, z czego bardzo się cieszę. :)
A co wy sądzicie o perfumach w PENie? Jest to waszym zdaniem dobry sposób na wypróbowanie danego zapachu? No i który z tej dwójki byłybyście skore kupić?
 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Poniedziałek z Yankee Candle | Fireside Treats

WITAJCIE!

Kto z nas nie przepada za słodkościami? Ja osobiście jestem ich wielką zwolenniczką... w wersji woskowej. :) Jak to dobrze, że firma Yankee Candle daje wszystkim łasuchom w czym wybierać i tym razem postanowiła uraczyć nas tarteletką o wdzięcznej nazwie Fireside Treats. Myślę, że będzie ona wspaniałą propozycją na nadchodzący Tłusty Czwartek!


O ZAPACHU:

"Ciągną się w nieskończoność i pachną kuszącym, roztopionym cukrem. Przypiekane w żywych płomieniach wieczornego ogniska pianki to smak dzieciństwa i wspomnienie upływających w doskonałej atmosferze spotkań z przyjaciółmi. Słynne, topione Marshmallows to także zjawiskowa kompozycja Yankee Candle, która – przybierając formę naturalnego wosku – pachnie karmelizowanym cukrem, słodkim lukrem i ledwo wyczuwalną nutką najprawdziwszej, ogrzanej w płomieniach wieczornego ogniska laski wanilii."

MOJA OPINIA:

Niestety, coś mnie chyba w dzieciństwie ominęło, bo nigdy nie jadłam opiekanych nad ogniskiem pianek Marshmallow, więc nie mam wiarygodnego punktu odniesienia. Mimo to uważam że wosk doskonale odzwierciedla zapach tych łakoci. Jest to kompozycja bardzo słodka, pachnąca mocno mieszanką białego lukru i karmelizowanego cukru. Przypomina mi ona nieco moją ukochaną Vanilla Cupcake, z tą różnicą, że tamta ma w sobie zdecydowanie więcej "ciasteczkowego" aromatu wanilii.


Zapach ten jest po prostu samą istotą słodkości - po rozgrzaniu niemal natychmiast w pokoju rozchodzi się woń zbliżona do karmelu, acz zdecydowanie mniej wyrazista, przełamana jakby watą cukrową... w każdym razie - niezwykle smakowita! :)
Jeżeli chodzi o trwałość to jest ona standardowa; kompozycję można wyczuć przez niemal cały dzień. Nie jest ona nazbyt przytłaczająca, choć przestrzegam, że dla niektórych taka dawka cukrowo-piankowej mieszanki może okazać się mdląca.

czwartek, 5 lutego 2015

Nowe kolory na paznokciach | Lakiery AVON Gel Finish

HEJ!

Mam swoje sprawdzone firmy, jeżeli chodzi o lakiery do paznokci i jeżeli już decyduję się na manicure, to zazwyczaj po nie sięgam. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przetestowała czegoś innego, dlatego dziś zaprezentuję Wam moje nowe lakierowe trio AVON Gel Finish! Nie są to co prawda kolory, o które ostatnio powiększyła się oferta w katalogu, ale mimo wszystko mam nadzieję, że Was zainteresują!


Każdy kosmetyk jest pakowany osobno do czarnego pudełeczka z wygrawerowaną u góry nazwą koloru. Jak widzicie na poniższych zdjęciach ja posiadam odcienie "Sheer Love", "Mauvelous" i "Marine Blue". Lakiery mają dość dużą pojemność bo znajdziemy tu 10 ml. produktu. W dodatku ich konsystencja jest dość gęsta oraz zawiera dużo pigmentu, co umożliwia pełne pokrycie płytki paznokcia już za jednym pociągnięciem.


Wykończenie wszystkich lakierów już jak sugeruje sama nazwa jest żelowe, z wysokim połyskiem, który utrzymuje się przez cały czas noszenia. Produkty te są dość trwałe, wytrzymują na paznokciach do 4 dni w stanie nienaruszonym bez bazy, a to dobry wynik.


Jeżeli chodzi o wybór kolorystyczny to naprawdę mamy się nad czym zastanawiać, gdyż w katalogu AVON znajdziemy kilkanaście odcieni z całej palety barw. Od delikatnych, rozmytych róży (Sheer Love) poprzez intensywne, ciemnie niebieskości (Marine Blue) po kolory fioletowo-brązowe, jakie są nadal w modzie (Mauvelous)


Powyżej zamieszczam jeszcze dokładniejsze swatche. Niestety, nie potrafię zbyt pięknie malować paznokci, a więc to musicie mi wypaczyć. Poza tym moje paznokcie przechodzą teraz ciężki okres i są niesamowicie słabe po zdjęciu z nich żelu.
Czy podobają Wam się te lakiery? A może macie w swoich zbiorach jakieś inne kolory z tej serii? :)  

poniedziałek, 2 lutego 2015

Poniedziałek z Yankee Candle | Pineapple Cilantro

HEJ!

W ostatnim poście pokazywałam Wam moje styczniowe zakupy, w których między innymi uzupełniłam moje zapasy wosków Yankee Candle. Dlatego dzisiaj poddaję ocenie jeden z nich i będzie to najbardziej owocowy z całej trójki Pineapple Ciantro:


O ZAPACHU:

"Ananasowy, mocno zamrożony i w pełni naturalny sorbet zaserwowany z listkiem aromatycznej kolendry – to przepis na letni koktajl idealny. To także receptura sprawdzająca się podczas domowych sesji aromaterapeutycznych! Wosk Pineapple Cilantro tworzy niekonwencjonalny miszmasz i swoim zapachem – wyczuwalnym w chwilę po podgrzaniu – kreuje atmosferę cudownych wakacji przeżywanych na tropikalnej wyspie. Gorące słońce, czysta plaża, lazurowa woda, świeża, pachnąca solą bryza i... zimny, ananasowy sorbet z dodatkiem kolendry!"

MOJA OPINIA:

Ten zapach od razu uwiódł mnie swoją intensywną, owocową słodkością. Bardzo lubię takie tropikalne mieszanki, bo (dosłownie) pozwalają poczuć wakacyjny nastrój nawet w środku mroźnej zimy. Gdybym więc miała jak najzwięźlej opisać mój najnowszy, egzotyczny nabytek powiedziałabym - Piña colada - i myślę, że naprawdę nie da się trafniej ująć tego, jak pachnie Pineapple Cilantro. 


Najbardziej wyczuwalny jest oczywiście niesamowicie słodki ananas, który dominuje również po rozpaleniu wosku w kominku. Nie wiem dlaczego, ale im bardziej wgłębiam się w ten zapach tym bardziej czuję mlecznego, kokosowego shake'a zamiast ostrości kolendry. Stąd też moje wcześniejsze skojarzenia z orzeźwiającym, karaibskim drinkiem.
Wydawać by się mogło, że będzie to kompozycja płaska, mdła oraz pozbawiona wyrazu a tymczasem mamy tu eksplozję egzotycznej, owocowej słodkości w jednej, niepozornej tarteletce. Ten zielony maluszek po podgrzaniu wręcz rozkwita aromatami, i zdecydowanie nie są one subtelne.  

Myślę, że do gustu najbardziej przypadłby wielbicielom ciężkich cukierkowo-owocowych kompozycji... no i z pewnością fanom Piña colady. :)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Poniedziałek z Yankee Candle | Icicles

CZEŚĆ!

W moim zapachowym schowku powoli kończą się zapasy wosków, które zrobiłam już jakiś czas temu, więc wybrałam się na stoisko Yankee Candle po to, aby je uzupełnić. A jako że firma wypuściła kilka zimowych nowości w ostatnim kwartale 2014 roku, to postanowiłam skusić się na jedną z nich. I tak oto stałam się posiadaczką Icicles.


MOJA OPINIA:

Pozwolę sobie od razu przejść do mojej opinii, gdyż kompozycja jest nowością, zatem trudno znaleźć jest w Internecie jej dokładny opis. Jak sama nazwa sugeruje mamy tu do czynienia z aromatem mroźnym, świeżym i ostrym niczym sople lodu czyli właśnie icicles. Trudno jest mi sprecyzować, co konkretnie wybija się na pierwszy plan w tej kompozycji, ponieważ są to nuty drzewne, pomieszane jakby z sosnową żywicą...  jednakże ten wosk nie pachnie zwykłym lasem. Ma w sobie nieco ostrości, której dodaje mu cynamon. To właśnie ta przyprawa nadaje głębi całości.


Pewnie wielu z Was pomyśli teraz, że Icicles to wosk niewarty uwagi, gdyż po opisie można wywnioskować, iż pachnie jak łazienkowy odświeżacz powietrza. Nic bardziej mylnego! To kompozycja niezwykle odświeżająca, rześka i neutralizująca inne zapachy roznoszące się po domu. Gdy już na dobre rozgrzeje się w kominku można odnieść wrażenie, jakby dopiero co wywietrzyło się mieszkanie.
Moim zdaniem najtrafniejsze będzie stwierdzenie, iż producentom udało się zamknąć pod postacią tej tarteletki esencję, prawdziwej mroźnej zimy. Jeżeli więc lubicie takie oryginalne kompozycje, lub jesteście fanami "Frozen"/"Krainy lodu" to bardzo Wam ją polecam. :)

środa, 21 stycznia 2015

Wielkie testowanie pigmentów M.A.C

CZEŚĆ!

Jak zapewne dobrze już wiecie pigmenty M.A.C pojawiły się na mojej tegorocznej Wishliście, więc są to produkty, które bardzo cichłabym mieć w swoich kosmetycznych zbiorach. Postanowiłam jednak, że zanim przystąpię do zakupu odcieni, jakie upatrzyłam sobie oglądając swatche w Internecie, to przetestuję jeszcze kilka innych. Udało mi się znaleźć wiarygodną aukcję na Allegro, gdzie za 5 zł. można dostać odsypkę 0,5 ml i tak oto w moje ręce trafiło sześć kolorów!


Jestem naprawdę zadowolona z tego zakupu oraz możliwości samodzielnego sprawdzenia jak pracuje się z tymi kosmetykami. Wszystkie pigmenty zostały naprawdę bardzo drobno zmielone, przez co dość mocno się pylą, ale myślę, że to po części wina tych małych, odkręcanych słoiczków. Co do trwałości to zarówno jasne jak i ciemne odcienie utrzymują się na powiekach cały dzień i nie tracą na swej intensywności. Poniżej zaprezentuję Wam swatche (wykonane poprzez zebranie odrobiny produktu z nakrętki) z nazwami wszystkich kolorów, a także wskażę moich dotychczasowych ulubieńców.



Grape to piękny, nieoczywisty odcień z drobinkami opalizujący na fioletowo-granatowo, choć właściwie ciężko mi go opisać, gdyż jest naprawdę unikatowy. Nakładałam go na mokry jeszcze eyeliner, aby dodać kresce niepowtarzalnego blasku. Moim zdaniem najlepiej prezentuje się właśnie na ciemnym tle.



Burnt Burgundy jest matowym, fioletowym pigmentem z lekką domieszką brązu, co dobrze udało się uchwycić w obiektywie. Niestety ładniej prezentował się w sieci i mimo iż uwielbiam wszelkie odcienie fioletu na powiekach, to ten kolor nie przypadł mi do gustu.



Moonlight Night to ostatni ciemny pigment, który zamówiłam i zdecydowanie najpiękniejszy z tej trójki, choćby dlatego, że jego kolor jest niesamowicie trudny do sprecyzowania. Jako bazę mamy tutaj granat, który delikatnie opalizuje na butelkową zieleń i w dodatku mieni się różnymi refleksami przez dodane drobinki. Zdecydowanie jeden z moich ulubieńców.



Przechodzimy teraz do pigmentów jasnych - jako pierwszy Apricot Pink, bardzo ładny, dziewczęcy róż z drobinkami opalizujący na jasne złoto. Znakomicie prezentuje się solo na powiekach nałożony jedynie na beżowy cień, dodając makijażowi subtelnego koloru i blasku.



Gold to czyste, mieniące się złoto, które jest tak wielofunkcyjne w makijażu oka, że powinno być niezbędnikiem w kosmetyczne każdej z nas. W zasadzie nie muszę się tu rozpisywać - efekt mówi sam za siebie.



Ostatnim z szóstki pigmentów jest pigment Provence, pochodzący z edycji limitowanej. Używałam go bardzo intensywnie w codziennym makijażu oka, bo podobnie jak wyżej wspomniany róż przepięknie wygląda na powiece nawet solo. To cielisty, mieniący się drobinkami beż - godny polecenia, wspaniały neutralny kolor i również mój ulubieniec.

Tak oto prezentuje się moja mini-kolekcja próbek pigmentów z M.A.C. Czy znalazłyście w niej jakieś kolory dla siebie? Jeśli nie, to polecam poszukać aukcji na Allegro, gdzie możecie przetestować więcej kolorów. Radzę jedynie uważać na sprzedawców, gdyż mogą oni sprzedawać podróbki - zawsze najpierw warto zapoznać się z opinią kupujących.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Poniedziałek z Ynakee Candle | Pink Sands

HEJ!

Dziś chciałabym zaprezentować Wam zapach, który nie ma nic wspólnego z obecną porą roku, z posępną, pochmurna pogodą, jaką mamy za oknem. Wosk, który będę dzisiaj recenzować to esencja lata, wakacji spędzonych za granicą na gorących, południowych plażach. Oto Pink Sands!



O ZAPACHU:

"Plaża usypana z różowych piasków naprawdę istnieje! Żeby tam się dostać wystarczy dobrze rozgrzać wosk Pink Sands. Kiedy kompozycja zacznie unosić się w powietrzu – poczujemy zapach bajkowych, egzotycznych, kolorowych kwiatów wychylających się łapczywie w kierunku słonecznych promieni. Wkrótce też dotrze do nas aromat słodkiej wanilii i orzeźwiających cytrusów rosnących w gajach usadowionych na skraju fantazyjnych, różowych wydm."

MOJA OPINIA:

Raz w życiu miałam okazję widzieć na własne oczy różowy piasek w Zatoce Balos na północno-zachodnim wybrzeżu Krety i byłam oczarowana jego przepięknym, pastelowym kolorem idealnie współgrającym z turkusową wodą. Chcąc więc wspomnieniami powrócić do tamtych wakacyjnych chwil rozgrzałam wosk i... przeżyłam niesamowite rozczarowanie. Ten zapach przywodzi na myśl ogród pełen słodkich, wiosennych kwiatów, a nie piaszczystą plażę.


Po rozpakowaniu mocno wyczuwalne są w nim akordy kwiatowe przeplatające się ze świeżością cytrusów. Mimo że ten duet uzupełnia aromat wanilii, to jest ona praktycznie niewyczuwalna, jakby przytłumiona owocowo-kwiatowym połączeniem. Niestety zachwiane proporcje odbiły się na całości kompozycji, która stała się po prostu mdła i bez wyrazu.
Niestety Pink Sands okazał się dla mnie rozczarowaniem również pod względem trwałości oraz intensywności, gdyż po dwóch godzinach od rozgrzania zapach zaczyna zanikać. Oczywiście, jest to mieszanka z natury delikatna i słodka, ale moim zdaniem producent powinien mocniej nasycić ją aromatem.

Cóż, ten wosk polecam wielbicielom subtelnych, słodko-kwiatowych kompozycji, ponieważ raczej nie spodoba się on osobom, które szukają czegoś wyrazistego. Jak dla mnie nazwa produkty została nieadekwatnie dobrana - różowe piaski powinny pachnieć słono-słodko, mieć w sobie słoną morską nutę...  

czwartek, 15 stycznia 2015

Szminka warta każdej ceny | M.A.C Lipstick - "Faux"

HEJ!

Wspominałam już o moim nowym, świątecznym nabytku z firmy M.A.C już jakiś czas temu w ulubieńcach, a wcześniej także na fanpage'u, pokazując Wam jak kolor szminki prezentuje się na ustach. Dziś nadszedł dzień, w którym mogę z czystym sercem napisać, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z lepszym produktem do ust

Odcień "Faux", co jak się dowiedziałam z francuskiego oznacza fałszywy, trafił w moje ręce gdyż w salonie nie było niestety szminek "Brave" i "Twig", które wpierw chciałam kupić. I może dobrze się stało, bo ten piękny, chłodny fiołkowy róż skradł moje serce i na dobre zagościł w moim makijażu dziennym.



Design to absolutny hit, gdyż pomadka kształtem przypomina nabój i przepięknie prezentuje się na toaletce - po prostu widać, iż mamy tu do czynienia z produktem z wyższej półki. Samo opakowanie zostało wykonane z grubego, dość ciężkiego plastiku, więc producent daje nam pewność, że nic się tu nie połamie ani przypadkiem nie otworzy w torebce. W dodatku logo firmy jest wygrawerowane na nakrętce, zatem na pewno nie ulegnie starciu.


"Faux" ma wykończenie satynowe, ale jego formuła jest bardzo kremowa, co znacznie ułatwia rozprowadzenie na wargach. Mimo że to raczej kolor z kategorii nude, jedynie imitujący nasze usta, to zadbano o mocną pigmentację. Szminka ta wypada jednak nieco ciemniej w opakowaniu aniżeli na wargach - moim zdaniem nieco jaśnieje pod wpływem ciepła ust, co obiektyw aparatu doskonale uchwycił.


Przy jasnym oświetleniu kolor wypada w mocniejsze, różowe tony

A teraz najważniejsze czyli trwałość, o której już wspominałam Wam w ulubieńcach - kosmetyk przetrwa spokojnie nawet do 10 godzin. Jedzenie i picie mu nie straszne, przetrzyma nawet nieco tłustsze potrawy, schodząc z warg równomiernie, także nie będziecie miały do polowy zjedzonych ust po skończonym posiłku. To co mnie zaintrygowało w tej szmince to komfort noszenia - owszem czułam ją przez cały dzień jednakże nie pozostawiała ona uczucia ściągnięcia, lekkie nawilżenie utrzymywało się przez cały czas noszenia. Produkt ten w ogóle nie wysusza ust, pomimo półmatowego wykończenia!

   Zdjęcie robiono przy naturalnym świetle w pochmurny dzień

A tak szminka prezentuje się z pełnym makijażem. Myślę, że Faux będzie pasował wszystkim kobietom o chłodnym i neutralnym typie urody. Jako że jest to zgaszony, zimny róż nie polecałabym go osobom o ciepłej i ciemniejszej karnacji, gdyż może wypaść zbyt blado.
Na pewno zadajecie sobie pytanie czy warto wydać 86 zł. na szminkę? Wierzcie lub nie, ale dla mnie ta suma kiedyś też była nie do przełknięcia. Teraz wiem, że jak najbardziej warto! I już poluję na następne kolory! :)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Poniedziałek z Yankee Candle | Calm

CZEŚĆ!

Powrót do zwyczajowego rytmu pracy po przerwie świątecznej jest bardzo trudny, tym bardziej, że niebawem ferie, więc chciałoby się już znów trochę poleniuchować, odprężyć. Pomocny w odpędzeniu tych wszystkich stresów jest relaks przy filmie czy książce w towarzystwie ulubionego zapachu. Woskiem, który ma za zadanie nam w tym pomóc jest "Calm" od Yankee Candle z serii Relaxing Rituals.


MOJA OPINIA:

Tym razem pozwolę sobie przejść od razu do mojej opinii na temat tego wosku, gdyż w Internecie nie znajdziecie szczegółowych opisów, jakie to w zwyczaju ma dodawać Yankee Candle. Pojawiają się jedynie informacje o tym, że jest to specjalna wersja produktu do aromaterapii, która łączy w sobie aż 3 zapachy. Tak naprawdę są to jedynie trzy nuty zapachowe w jednej tarteletce, tworzące określoną mieszankę,  no ale jak się to ładnie ubierze w słowa... :) W każdym razie - ta linia liczy sobie pięć kompozycji:

Calm to połączenie słodkiej wanilii, stanowiącej bazę dla całej mieszanki, przeplatanej z świeżymi, ziołowymi nutami lawendy, która po rozgrzaniu wosku wybija się na pierwszy plan. Natomiast egzotyczne drzewo sandałowe stanowi łagodzący dodatek, jaki znakomicie tonuje słodycz wanilii swoim subtelnym, drzewnym zapachem. Całość wypada bardzo interesująco i jak na Yankee Candle przystało - niesamowicie intensywnie. Naprawdę niewielka ilość wystarczy, by cały dom wypełnił się aromatem słodkich ziół.


Bo gdybym musiała w dwóch słowach opisać wosk "Calm" użyłabym właśnie tego sformułowania - słodkie zioła. Z pewnością wielbiciele zapachów kwiatowych oraz roślinnych kompozycji będą nim zachwyceni. Dla mnie jest on idealny i faktycznie pozwala się odprężyć, gdyż wanilia i lawenda, razem czy osobno, są cudownymi pachnidłami. :)

sobota, 10 stycznia 2015

Naturalne z natury | Tołpa mydło borowinowe

HEJ!

Ostatnimi czasy zaniedbałam nieco recenzowanie pielęgnacji na moim blogu, a to z racji tego, że wiele kosmetycznych nowości z kolorówki zawitało w mojej toaletce. Co prawda wciąż powiększam swoje zbiory i nadal mam kilka produktów, które czekają na swoją kolej, bo bardzo chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na ich temat. Ale wszystko w swoim czasie - dziś natomiast w roli głównej Tołpa - mydło borowinowe do odnowy biologicznej.


Pierwsze co rzuca się w oczy to bardzo ładne, charakterystyczne dla kosmetyków Tołpy opakowanie, na jakim to dumnie widnieje znaczek jakości. Są tu również wszystkie obietnice producenta  oraz skład, do którego analizy przejdziemy później. Mydło zawiera 1,7% borowiny i zostało wzbogacone o naturalne olejki eteryczne z drzewa różanego, szałwii, bergamotki, a także ylang-ylang.



Ziołowy zapach i brązowy kolor mydła wynikają z zastosowania w nim naturalnych składników - nie znajdziemy tu chemii pokroju SLS-ów, silikonów, PEG-ów czy sztucznych barwników, gdyż to produkt hipoalergiczny. Mydło ma oczyszczać oraz regenerować skórę, nie naruszając jej naturalnej bariery ochronnej. Producent obiecuje również, że kosmetyk w naturalny sposób powinien łagodzić stres i napięcie, przyczyniając się do odprężenia


A teraz to co wszyscy lubimy najbardziej czyli analiza składu:

Sodium Palmate, Sodium Palm Kernelate [środki powierzchniowo czynne z oleju palmowego], Aqua, Glycerin, Peal Extract, Sodium Cocoyl Isethionate [środek powierzchniowo czynny z oleju kakaowca], Palm Acid, Lavandula Angustifolia Flower Oil [olejek lawendowy], Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange), Leaf Oil [olej z liści drzewa oliwnego], Olea Europaea Oil [olej z owoców oliwki europejskiej], Polyguaternium-7, Salvia Sclarea Oil [olejek szałwiowy], Sodium Chloride, Palm Kernel Acid, Tetrasodium EDTA [sól, środek zmiękczający wodę], Tetrasodium Etidronate, Linalool, Citronellol, Geraniol, Limonene.

Jak widzicie wyróżniłam najważniejsze składniki, oraz substancje, które mogą wydać się Wam podejrzane. Zapewniam jednak, że nie są to środki szkodliwe, a całkowicie bezpieczne ekstrakty, sole i wyciągi z roślin.

Mydło dobrze się pieni, mimo braku SLS-ów, jake zastąpiono tutaj pochodnymi olejku palmowego. Bardzo przyjemnie i łatwo rozprowadza się na skórze - nadaje poślizg, dzięki któremu bezproblemowo można wykonać masaż rękawicą do mycia. Znakomicie spisuje się w tym połączeniu, które polecam Wam wypróbować, ponieważ rękawicą dodatkowo pobudzacie krążenie i lekko peelingujecie naskórek. Mydełko porządnie oczyszcza, jednakże po spłukaniu go z ciała całe to uczucie miękkiej skóry znika i staje się ona "tępa". Niestety nie pozostawia żadnego ożywiającego filmu, mimo że samo z siebie całkiem nieźle nawilża.

Spodobał mi się ten produkt, mimo że nie poczułam się specjalnie odprężona i odstresowana, tak jak obiecywał producent. ;) To jedynie mydło z wysokiej jakości składników, jedno z porządniejszych na rynku, jednakże nie ma co oczekiwać cudów. Polecam je, jako odskocznię od przepełnionych chemią żeli pod prysznic i płynów do kąpieli - na pewno będziecie z niego zadowolone.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Poniedziałek z Yankee Candle | Baby Powder

CZEŚĆ!

Dziś zapraszam Was na kolejną odsłonę dobrze znanej i lubianej serii "Poniedziałek z Yankee Candle", której głównym bohaterem będzie wosk Baby Powder. Cieszy mnie, że posty o tej tematyce mają dużą "czytalność", gdyż ich pisanie mnie samej sprawia wielką frajdę. Uwielbiam otaczać się przeróżnymi zapachami, więc bardzo chętnie dzielę się z Wami moimi przemyśleniami odnośnie coraz to nowych kompozycji. :)


O ZAPACHU:

"Szczelnie otula całe ciało i skutecznie niweluje drażniący ból. Pachnie czystością, świeżością i niewinnością i kojarzy się z dziecięcą beztroską oraz czułą miłością. Dziecięcy puder to element powszechnie wykorzystywany przez największym mistrzów perfumeryjnych. Artyści kreujący najcudowniejsze i najmocniej chwalone zapachy wiedzą, że to właśnie ten aromat – czy to umieszczony w bazie kompozycji, czy uwalniający się dopiero po kilku godzinach – potrafi najmocniej przekonać do zawartości zdobnego flakonika. Tak samo jest z woskiem Baby Powder, który już w chwilę po rozgrzaniu rozkochuje w sobie świeżymi, pudrowymi aromatami."

MOJA OPINIA:

Ten zapach to zdecydowanie klasyk w ofercie Yankee Candle, który zyskał wielu zwolenników ze względu na swą czystość i świeżość. Wydawałoby się, że wosk będzie bardzo delikatny, jednakże niech Was nie zwiedzie jego niewinny biały kolor - pudrowy aromat jest dość intensywny oraz lekko słodkawy. Bardzo szybko rozprzestrzenia się w pomieszczeniu i pozostaje w nim wyczuwalny na długo.


Jak widzicie zużyłam niemal połowę tarteletki i czuję, że nieprędko ją skończę. Niestety aromat pudru dla niemowląt nie przypadł mi do gustu - według mnie to płaski zapach, pozbawiony głębi i wyrazu. Co gorsza po jakiś dwóch godzinach palenia staje się dla mnie drażniący, więc jeżeli szukacie nieduszącej, delikatnej kompozycji to zdecydowanie go odradzam
Zapach zasypki dla niemowląt trzeba lubić, ja nigdy za nim nie przepadałam, jednak jeśli nie przeszkadzają Wam aromaty dziecięcych kosmetyków to możecie wypróbować tę propozycję od Yankee Candle. 

sobota, 3 stycznia 2015

UWAGA BUBEL! | Puder Inglot Stage Spot Studio

HEJ!

Pamiętacie jeszcze moje porady odnośnie tego, jak uniknąć kupowania kosmetyków, które mogą okazać się bublami? (Jeżeli nie to zapraszam >>>TU<<<) Niestety muszę otwarcie się przed Wami przyznać, że złamałam jedną z najbardziej podstawowych zasad i uległam namowom przemiłej ekspedientki. A wszystko zaczęło się od wizyty na stoisku Inglota...


Szukałam jakiegoś fajnego pudru matującego, który neutralizowałby zaczerwienienia. W okresie zimy niestety miewam mocniej zaczerwienione policzki, a to wynika z niskich temperatur, wiatru i ogólnego pogorszenia aury na dworze. Chciałam też, by produkt ładnie stapiał się z podkładem oraz zmatowił cerę na przynajmniej 4 godziny. Niestety Stage Spot Studio nie spełniło ani jednego z moich oczekiwań.


Do pudru dołączony był całkiem przyzwoity puszek, za pomocą którego nałożyłam kosmetyk na twarz, umalowaną uprzednio Matchmasterem z firmy M.A.C. To co zobaczyłam w lustrze bo niecałej minucie wprawiło mnie w osłupienie - ten puder się zbrylił! Policzki, czoło, nos... wszystko pokryte było żółtymi farfoclami. Co gorsza produkt zaczął też nieco ściągać podkład z twarzy, więc byłam skazana na demakijaż i ponowne umalowanie się od nowa.
Jestem pewna, że zbrylenie się produktu nie było winą Matchmastera, ponieważ nakładałam na niego kilka różnych pudrów (jak choćby Revlon "Nearly Naked" czy puder matujący marki Hean) i żaden nie zachowywał się tak jak Inglot.


Kompletnie zniechęcona do nakładania go na twarz postanowiłam dać mu ostatnią szansę i sprawdzić jego właściwości neutralizujące zaczerwienienia na niepokrytej niczym dłoni. W tym celu roztarłam odrobinę czerwonej szminki i przypudrowałam Inglotem tak oto powstałe "zaczerwienienie". Efekt możecie podziwiać na powyższym zdjęciu.
Same zadecydujcie czy warto ryzykować. Nie wiem, jak zachowywałby się na innych podkładach, bo w swoich zbiorach kosmetycznych posiadam tylko Matchmastera z M.A.C, który odpowiada mojemu odcieniowi cery. Reszta jest zdecydowanie zbyt ciemna, a poza tym sięga już denka. Chciałam Was jedynie przestrzec, żebyście z nim uważały i przed zakupem koniecznie sprawdziły czy "lubi się" z Waszm fluidem.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poniedziałek z Yankee Candle | Vanilla Cupcake

HEJ!

Dzisiaj wpis wyjątkowy, bo prawdopodobnie już ostatni w tym roku. Ponownie przywitam się z Wami 1 stycznia postem o ulubieńcach 2014, podsumowującym moje kosmetyczne i pielęgnacyjne odkrycia minionych 12 miesięcy. Mam nadzieję, że i Wy dzięki niemu poznacie poznacie trochę nowych produktów oraz na niektóre się skusicie. ;)

A teraz przechodzimy do przedstawienia bohatera dzisiejszej notki, a jest nim wosk Yankee Candle o nazwie Vanilla Cupcake. Niestety do zaprezentowania Wam tarteletki w pełnej krasie będę musiała wykorzystać zdjęcie, które już raz pojawiło się na blogu, gdyż zużyłam już niemal cały wosk!


O ZAPACHU:

"Łakocie kupione w specjalizującej się w taśmowej produkcji ciach cukierni nie mogą się z nimi równać! Bo najlepiej smakują i najbardziej widowiskowo pachną domowe babeczki – maślane, biszkoptowe, polane słodkim lukrem przełamanym sokiem świeżo wyciśniętym ze słonecznej, rześkiej cytryny. Taki deser to raj dla podniebienia i uczta dla nosa! To także zaproszenie do odbycia aromaterapeutycznej sesji w towarzystwie Vanilla Cupcake – woskowej tarteletki, która w chwilę po podgrzaniu zaczyna pachnieć jak ciepła, przed chwilą wyjęta z pieca, waniliowa babeczka oblana cytrynowym lukrem."

MOJA OPINIA:

Cóż mogę napisać - zużycie mówi samo za siebie. Ja wręcz kocham zapach wanilii niemal we wszystkich połączeniach. To aromat bardzo uniwersalny, który znakomicie ubogaca całą kompozycję. W tym wydaniu jest słodki, ale nie cukierkowy, przełamany wonią świeżo upieczonego ciasta biszkoptowego. Ten miks sam w sobie byłby dość mdły, dlatego dopełnienie stanowi tutaj kwaskowaty zapach cytrynowego lukru. Wydaje mi się, że to właśnie on nadaje niepowtarzalności temu połączeniu i czyni je niezwykle... apetycznym. :)
 


Co do samej kompozycji zapachowej nie mam najmniejszych zastrzeżeń, bo bezapelacyjnie jest ona jak dotychczas moją ulubioną, jednakże mam wrażenie, że wosk ten jest nieco mniej intensywny niż poprzednicy. Pachnie dużo mocniej w opakowaniu, po podgrzaniu aromat staje się bardziej subtelny, lecz może był to efekt zamierzony? Może Vanilla Cupcake ma właśnie przywodzić na myśl takie delikatne, rozpływające się w ustach babeczki waniliowe?